Jest to bodajże mój największy problem. Nigdy nie robiłem skali porównawczej dla rzeczy, które uważam za problem. Jednak zawsze gdy myślę o tym ile czasu marnuję na bzdety oraz ile swoich projektów byłbym w stanie zrealizować przez cały ten czas to napada mnie przygnębienie.

Pocieszać mógłbym się tym, że nie tylko ja tak mam, ale w jaki niby sposób poprawia to moją sytuację?

Ano w taki, że nie ja jeden staram się z tym problemem mierzyć, a w dobie „globalnej wioski” gdy wszyscy dzielą się ze wszystkimi informacjami (głównie śmieciowymi) jest spora szansa wypatrzenia kogoś kto na tym polu odniósł już pewne sukcesy i zaimplementowania jego metod u siebie.

Z pewnością podzielę się informacjami jak sobie z prokrastynacją poradziłem. No chyba, że sobie nie poradzę i będzie mnie ona męczyć aż do śmierci 🙂

Metoda ta jest mało znana, a moim zdaniem bardzo ciekawa. Jeżeli tylko występuje u ciebie problem z tworzeniem kompleksowej fabuły, to może się również okazać bardzo przydatna. Zwłaszcza gdy pracujesz nad czymś co ma fabułę. Grą, filmem, komiksem czy powieścią.

 

Każdy na początku jest znacznie słabszy w tym czym się zajmuje niż gdy posiada spory zasób doświadczenia. Często zapominamy o tym i widząc ludzi o imponujących nam umiejętnościach zapominamy, że i oni niegdyś zaczynali. W pewnym momencie zacząłem archiwizować swoje rysunki na blokach formatu A3. Dzięki temu mogłem później spojrzeć w przeszłość i poprzez porównanie zaobserwować swój rozwój rysownika.

 

Od jakiegoś czasu prowadzę kanał Grafikowanie na YouTube gdzie poświęcając swój czas dzielę się wiedzą z zakresu szeroko pojętej grafiki. Jakiś czas później założyłem konto na Patronite z myślą, że moi fani mogliby wspierać to co robię nieco bardziej niż tylko dobrym słowem (komentarzem).

Tak się jednak nie stało. Mimo, że konto założyłem znacznie wcześniej niż znany vloger przodujący w obfitości wspierających go osób, to do tej pory nie pojawiła się na nim ani złotówka. Powody tego (jak mi się zdaje) mogą być dwa. Pierwszy jest taki, że moja widownia, to głównie osoby bardzo młode, nastoletnie wręcz, a co za tym idzie wciąż się uczące i niekoniecznie posiadające własne pieniądze, konta bankowe itd. Drugi powód jest zaś taki; po co płacić za coś co ma się za darmo? Ten właśnie powód popchnął mnie do stworzenia specjalnego odcinka, który będzie dostępny tylko dla osób wspierających mnie na tej platformie. Taka forma wyróżnienia darczyńców poprzez oferowanie im niedostępnych innym widzom treści.

Jeżeli w jakikolwiek sposób się sprawdzi, to w przyszłości pojawią się kolejne „odcinki specjalne”.

Generalnie państwowe uczelnie zasłużenie cieszą się niską renomą. Nie inaczej jest w przypadku Akademii Sztuk Pięknych. O ile można się tam co nieco nauczyć, to raczej nie jest to najszybsza metoda nauki. Nie trafia też ona w zapotrzebowanie rynkowe. Być może zatem warto edukować się samemu.

 

stabilizacyjna

Półgąsienicowy transporter opancerzony Sd.Kfz. 251 toczył się powoli częściowo zagruzowaną ulicą miasta. Za nim ciągnęła kolumna piechurów w szyku marszowym. Pomimo zakończenia oblężenia miasta na ulicy nie było widać ani żywego ducha. Nieliczni mieszkańcy decydowali się z daleka przyglądać przemarszowi Wermahtu, a w miarę jego zbliżania czmychali czym prędzej kryć się w piwnicach kamienic gdzie do tej pory przeczekiwali bombardowania stolicy.Transporter wydał głośne trzaski ze znajdujących się na jego szczycie dwóch głośników. Następnie dało się słyszeć spikera mówiącego z silnym niemieckim akcentem, ale po polsku.
– Achtung! Ekhm… Dhroodzy Polacy nie martwcie się! Rzesza nie toczy żadnych działań wojennych przeciwko wam! To tylko misja stabilizacyjna! Powtarzam! Tylko misja stabilizacyjna, a nie żadna wojna! Nie ma powodów do obaw!

Wojny mają to do siebie, że lubią się powtarzać.
Ludzie z kolei lubią powtarzać pytania w stylu „kiedy ludzkość nauczy się, że…? 
Odpowiedź na to pytanie brzmi; Nigdy.

Ludzkość się nie uczy. Uczą się pojedyncze jednostki.

Weźmy za przykład historię naszego kraju. Kraj ten będąc wykrwawiany przez Nazistowską (jak i każdą inną) okupację wzbudził w swoich mieszkańcach gigantyczną niechęć do okupacji i okupanta w ogóle. Nie tylko „złych Niemców”, ale i wszelkich innych. Co objawia się chociażby sympatyzowaniem z każdą inną okupowaną nacją. Jak choćby Czeczenami okupowanymi przez Rosjan. Wydawać by się zatem mogło, że żołnierz Wojska Polskiego nie będzie dążył do grania w historii roli okupanta. A jednak…

Wystarczy po prostu nazwać coś „misja stabilizacyjna” i już wyłącza się myślenie „hej przecież nie biorę udziału w żadnej wojnie. To tylko misja stabilizacyjna.”

Można potem wesoło jechać sobie do Iraku bądź Afganistanu i dziwić się dlaczego mieszkający tam ludzie nie chcą traktować cię inaczej niż Amerykanów ze względu na biało-czerwoną naszywkę na ramieniu i widzą w tobie takiego samego okupanta. Bo z ich perspektywy to zwykła okupacja. Nic dziwnego zatem, że nie są zachwyceni, a co bardziej krewcy zaczynają z tym okupantem walczyć.

Dziwi mnie, że tak wielu naszych sołdatów nie ma z tego powodu żadnego (nawet zalążka) moralnego kaca ze względu na historię własnego kraju.

Czy bierze się to z tego, że są oni duchowymi spadkobiercami Ludowego Wojska Polskiego, które to ścigało szlachetnych AK-owców po lasach?
Czy też może przyczyną jest tutaj propaganda, która zmieniając rzeczom nazwy zmienia fakt ich postrzegania przez postronnych?

Wystarczy zatem zmienić nazwę „okupacja” na „misja stabilizacyjna” i już nasze postrzeganie sytuacji się zmienia.
Ta myśl skierowała moje toki myślenia w stronę pytania:
A co gdyby w 1939 roku III Rzesza zamiast przystąpić do wojny z Polską przystąpiła do misji stabilizacyjnej? Zaś nasi sojusznicy rozłożyli bezradnie ręce mówiąc „No fakt, zobowiązaliśmy się wam pomóc w przypadku wojny, no ale przecież żadnej wojny nie ma.”
Niby brzmi to zabawnie, ale pamiętam jak w 2008 Rosja zaatakowała Gruzję odrywając od niej Ostię i Abchazję. Wtedy ONZ zastanawiał się nad tym kto tu kogo właściwie zaatakował. Czy Rosja Gruzję czy Gruzja Rosję. Było to tak nieoczywiste, że aż musiano wysyłać obserwatorów ażeby się o tym przekonać. Tak samo było w przypadku oderwania Krymu od Ukrainy. Wtedy również „nikt nie wiedział” kim są te wojska, które się tam pojawiły. Wystarczyło powiedzieć „To nie są wojska Rosyjskie” i już nagle nikt nie wiedział czyje to są wojska.

Ta przerażająca tendencja do magicznej zmiany otaczającej nas rzeczywistości, za pomocą nazywania rzeczy inaczej niż były one nazywane  dotychczas jest obecnie do zauważenia wszędzie w otaczającym nas świecie. Pytanie co można z tym zrobić? Ja odpowiedziałbym, że przede wszystkim nazywać rzeczy po imieniu i nie przejmować się bulwersem jaki wywoła to wśród niektórych ludzi zatopionych w bagnie politycznej poprawności.