stabilizacyjna

Półgąsienicowy transporter opancerzony Sd.Kfz. 251 toczył się powoli częściowo zagruzowaną ulicą miasta. Za nim ciągnęła kolumna piechurów w szyku marszowym. Pomimo zakończenia oblężenia miasta na ulicy nie było widać ani żywego ducha. Nieliczni mieszkańcy decydowali się z daleka przyglądać przemarszowi Wermahtu, a w miarę jego zbliżania czmychali czym prędzej kryć się w piwnicach kamienic gdzie do tej pory przeczekiwali bombardowania stolicy.Transporter wydał głośne trzaski ze znajdujących się na jego szczycie dwóch głośników. Następnie dało się słyszeć spikera mówiącego z silnym niemieckim akcentem, ale po polsku.
– Achtung! Ekhm… Dhroodzy Polacy nie martwcie się! Rzesza nie toczy żadnych działań wojennych przeciwko wam! To tylko misja stabilizacyjna! Powtarzam! Tylko misja stabilizacyjna, a nie żadna wojna! Nie ma powodów do obaw!

Wojny mają to do siebie, że lubią się powtarzać.
Ludzie z kolei lubią powtarzać pytania w stylu „kiedy ludzkość nauczy się, że…? 
Odpowiedź na to pytanie brzmi; Nigdy.

Ludzkość się nie uczy. Uczą się pojedyncze jednostki.

Weźmy za przykład historię naszego kraju. Kraj ten będąc wykrwawiany przez Nazistowską (jak i każdą inną) okupację wzbudził w swoich mieszkańcach gigantyczną niechęć do okupacji i okupanta w ogóle. Nie tylko „złych Niemców”, ale i wszelkich innych. Co objawia się chociażby sympatyzowaniem z każdą inną okupowaną nacją. Jak choćby Czeczenami okupowanymi przez Rosjan. Wydawać by się zatem mogło, że żołnierz Wojska Polskiego nie będzie dążył do grania w historii roli okupanta. A jednak…

Wystarczy po prostu nazwać coś „misja stabilizacyjna” i już wyłącza się myślenie „hej przecież nie biorę udziału w żadnej wojnie. To tylko misja stabilizacyjna.”

Można potem wesoło jechać sobie do Iraku bądź Afganistanu i dziwić się dlaczego mieszkający tam ludzie nie chcą traktować cię inaczej niż Amerykanów ze względu na biało-czerwoną naszywkę na ramieniu i widzą w tobie takiego samego okupanta. Bo z ich perspektywy to zwykła okupacja. Nic dziwnego zatem, że nie są zachwyceni, a co bardziej krewcy zaczynają z tym okupantem walczyć.

Dziwi mnie, że tak wielu naszych sołdatów nie ma z tego powodu żadnego (nawet zalążka) moralnego kaca ze względu na historię własnego kraju.

Czy bierze się to z tego, że są oni duchowymi spadkobiercami Ludowego Wojska Polskiego, które to ścigało szlachetnych AK-owców po lasach?
Czy też może przyczyną jest tutaj propaganda, która zmieniając rzeczom nazwy zmienia fakt ich postrzegania przez postronnych?

Wystarczy zatem zmienić nazwę „okupacja” na „misja stabilizacyjna” i już nasze postrzeganie sytuacji się zmienia.
Ta myśl skierowała moje toki myślenia w stronę pytania:
A co gdyby w 1939 roku III Rzesza zamiast przystąpić do wojny z Polską przystąpiła do misji stabilizacyjnej? Zaś nasi sojusznicy rozłożyli bezradnie ręce mówiąc „No fakt, zobowiązaliśmy się wam pomóc w przypadku wojny, no ale przecież żadnej wojny nie ma.”
Niby brzmi to zabawnie, ale pamiętam jak w 2008 Rosja zaatakowała Gruzję odrywając od niej Ostię i Abchazję. Wtedy ONZ zastanawiał się nad tym kto tu kogo właściwie zaatakował. Czy Rosja Gruzję czy Gruzja Rosję. Było to tak nieoczywiste, że aż musiano wysyłać obserwatorów ażeby się o tym przekonać. Tak samo było w przypadku oderwania Krymu od Ukrainy. Wtedy również „nikt nie wiedział” kim są te wojska, które się tam pojawiły. Wystarczyło powiedzieć „To nie są wojska Rosyjskie” i już nagle nikt nie wiedział czyje to są wojska.

Ta przerażająca tendencja do magicznej zmiany otaczającej nas rzeczywistości, za pomocą nazywania rzeczy inaczej niż były one nazywane  dotychczas jest obecnie do zauważenia wszędzie w otaczającym nas świecie. Pytanie co można z tym zrobić? Ja odpowiedziałbym, że przede wszystkim nazywać rzeczy po imieniu i nie przejmować się bulwersem jaki wywoła to wśród niektórych ludzi zatopionych w bagnie politycznej poprawności.

Żeby odreagować emocje związane z pewnym bankiem (w maju 2015) stworzyłem taki oto komiks:

Zdaję sobie sprawę, ze wielu ludzi temat opłat za kartę bankową nie dotyczy. Ja jednak opłacając większość rachunków przelewami, a zakupy robiąc najczęściej w małych sklepach przy użyciu gotówki znajduje często na liście transakcji „opłatę za kartę” w wysokości 4 zł. Aż tu razu pewnego widzę „opłata za kartę” 6zł. Myślę jaki chu…ncwot skroił mnie o te 2 złote? A po kontakcie z obsługą klienta dowiaduję się, że nie tylko podnieśli mi opłatę o 2 zł, ale również limit miesięczny transakcji kartą po którego osiągnięciu anulują opłatę z 200 na 300 zł.

Życzliwi powiedzą: Zrezygnuj z karty, a nie będziesz ponosił tej opłaty.
Odpowiem im: A jak wyjmę gotówkę z bankomatu?

Bo właściwie co bank (każden jeden) obchodzi, to co ja robię z własnymi pieniędzmi? A niechbym i trzymał je na koncie przez cały czas, albo przelewał to wte i wewte z jednego konta na drugie. Co ich właściwie to obchodzi? Skąd to „zachęcanie” nierozgarniętego klienta do płacenia kartą?

Ano stąd, że bank nie ma kontroli nad gotówką. Póki pieniądze nie istnieją są dla banku… Tak. Póki pieniądze nie istnieją. Bo nie istnieją pieniądze, które są zapisem elektronicznym. My się tylko tak „społecznie umówiliśmy”, że one istnieją, ale tak naprawdę to one nie istnieją. Stąd też jak to w tabelkach z cyferkami bywa, gdzieś można zero dopisać, gdzieś zero wykreślić.

Taką właśnie hucpą jest bankowy system rezerw cząstkowych, który w skrócie polega na tym, że jak wpłacisz do banku 1000 zł, to bank może legalnie dopisać se zero i już Hyc! ma 10 000 zł, ale ma je tak długo jak Twoje faktyczne 1000 zł znajduje się u niego w depozycie. Gdy je wyjmiesz to bank Puf! ma 0 zł. Co banki robią z tymi magicznymi pieniędzmi? Ano pożyczają. Ponieważ hucpa nie działa w drugą stronę, to Ty nie możesz z pożyczonego 10 000 zł zrobić 100 000 zł. Zatem na koniec dnia bank ma faktyczny 1000 zł na depozycie i 10 000 zł spłaconego istniejącymi pieniędzmi kredytu.

Sumując: Bank zaczyna dzień z 1000 zł, które wpłaciłeś na depozyt, a po udzieleniu i spłacie pożyczki kończy z 20 000 zł.
Z czego ty masz 1000 zł na koncie bankowym. Plus darmowe przelewy, fajną aplikację mobilną, darmowy kontakt z konsultantem, „niską” opłatę za kartę chyba, że przekroczysz limit 300 zł płacąc kartą, to nawet opłaty za kartę nie masz.
Krótko mówiąc robią cię w chu… w wała. Bo to w ich interesie jest żebyś trzymał u nich pieniądze, a wszystkie usługi jakie ci oferują są z nawiązką pokrywane wirtualnymi pieniędzmi, które materializują się magicznie gdy tylko zdeponujesz u nich jakąkolwiek kwotę.

Obecnie stopa rezerw cząstkowych (ile istniejących pieniędzy bank musi mieć w depozycie) wynosi 3,5%, co przekłada się następująco: Na twoje 1000 zł trzymane w banku, bank może udzielić kredytów na kwotę 28 600 wirtualnych zł (minus twój istniejący 1000 który musi pozostać w depozycie). Jakbyś się kiedykolwiek zastanawiał dlaczego niemal cały spam, który dostajesz na maila, to reklamy kredytów, to teraz już będziesz wiedział dlaczego.